Tramwaje w Hiroszimie 1945 — uczennice-konduktorki i 9…
Literacka opowieść o konduktorce tramwaju w Hiroszimie oparta na faktach: szkoła Kasei, nastolatki za nastawnikiem, poranek 6 sierpnia i pierwszy tramwaj…
Bohaterka tej opowieści nie ma imienia. Ma czapkę, torbę na bilety i czternaście lat. Nie istniała jako jedna konkretna osoba — zbudowana jest ze wspomnień prawdziwych dziewcząt, które w 1945 roku jeździły tramwajami po Hiroszimie. Fakty w tym tekście są sprawdzone i podpisane źródłami; myśli, zapachy i cisza należą do opowieści. Gdzieś w tle, po drugiej stronie oceanu, starszy fizyk dawno temu udowodnił, że czas nie płynie dla wszystkich tak samo. Ścieżką dźwiękową jest "Chiroszima".
Kiedy powiedziałam tym, którzy chcieli zapłacić, że przejazd jest bezpłatny, dziękowali mi.
Miasto bez mężczyzn za nastawnikiem
Wojna zabrała z Hiroszimy motorniczych i konduktorów — trafili do wojska. Firma Hiroshima Electric Railway, która prowadziła miejskie tramwaje, w kwietniu 1943 roku otworzyła własną szkołę dla dziewcząt, żeby linie mogły dalej jeździć. Uczennice przychodziły zaraz po szkole podstawowej. Program trwał trzy lata: pół dnia lekcje, pół dnia praca w tramwaju. Pod koniec wojny lekcji było coraz mniej. Dziewczęta jeździły jako motornicze albo konduktorki od wczesnego rana do późnej nocy. Mieszkały w internacie w dzisiejszej dzielnicy Minami. Do szkoły chodziło około 300 uczennic. To jest punkt wyjścia: czternastolatka trzyma w dłoniach maszynę, która waży kilkanaście ton, i ludzi, którzy jadą do pracy.
Realia: kartki, alarmy, kurs po kursie
Lato 1945 roku w Japonii to braki wszystkiego. Jedzenie na przydziały, ubrania łatane po kilka razy, w nocy alarmy lotnicze. Inne duże miasta były już spalone nalotami, a Hiroszima stała prawie nietknięta. Ludzie się zastanawiali, dlaczego. Taka cisza nie uspokaja, tylko każe czekać. Opowieść zaczyna się wieczorem 5 sierpnia. Jedna z uczennic, Sachiko Masuno, wspominała po latach, że pracowała do północy, a 6 sierpnia miała zacząć znowu o 5:30. Między końcem jednej zmiany a początkiem drugiej zostaje kilka godzin snu w internacie. W tym miejscu warto zwolnić. Psychologia pamięci mówi, że zwykłe dni zlewają się w jeden. Nikt nie pamięta dokładnie trzeciego wtorku miesiąca. Pamięta się dzień, po którym nic nie było już takie samo, a wszystko, co działo się przed nim, nagle nabiera ciężaru.
Poniedziałek, 6 sierpnia. Minuta po minucie
Rano ogłoszono alarm lotniczy, potem go odwołano. Miasto wróciło do zwykłego poniedziałku. Po ulicach jechały 63 tramwaje. Konduktorka sprawdza bilety. Ktoś wsiada z koszykiem, ktoś śpi oparty o szybę. Silnik tramwaju ciągnie prąd z sieci nad ulicą, a do sieci prąd płynie z podstacji Yagura-no-shita, niedaleko centrum. Tego ranka jedna z uczennic, Toyoko Kodama, prowadziła tramwaj w stronę portu Ujina. Dojeżdżała do mostu Miyuki. Otworzyła drzwi. 8:15. W tym miejscu opowieść się zatrzymuje. Nie opisuję wybuchu. Kodama powiedziała później tylko tyle: w chwili, gdy otworzyła drzwi, siła wyrzuciła ją z tramwaju. Ocknęła się w schronie z krwawiącą głową.
Kiedy czas staje
Einstein w 1905 roku pokazał, że czas zwalnia w ruchu. Zegar w jadącym tramwaju chodzi odrobinę wolniej niż zegar na przystanku — tak mało, że nikt tego nie poczuje. Dla nas to tylko ciekawostka z dylatacji czasu. W Hiroszimie czas zatrzymał się zupełnie inaczej. Na wielu zegarach w mieście wskazówki stanęły na 8:15 i tak zostały. Dla ocalałych ta minuta nigdy się nie skończyła. Ten sam fizyk w tym samym roku zapisał wzór E = mc². Mówi on, że masa to ukryta energia. Ta sama zasada działa w elektrowni jądrowej i w bombie. Różnica jest w tempie: w reaktorze energia uwalnia się powoli, a w bombie w ułamku sekundy.
Ile kosztowała ta minuta
Do końca 1945 roku zmarło około 140 tysięcy mieszkańców Hiroszimy. Wielu z nich jechało tego ranka tramwajem. Ze 123 wagonów firmy uszkodzonych zostało 108, z czego ponad 40 tak bardzo, że nie dało się ich naprawić. Podstacja Yagura-no-shita została całkowicie zniszczona, a z 842 słupów trakcyjnych w mieście upadły 383. Z 1241 pracowników zginęło 185, a 266 zostało rannych. Wśród zabitych było 30 uczennic szkoły Kasei — tak nazywano szkołę tramwajarek. Bohaterka tej opowieści stoi gdzieś pomiędzy tymi liczbami. Nie wiadomo, gdzie była o 8:15. Opowieść celowo zostawia to pytanie otwarte, tak jak wiele rodzin zostało z nim naprawdę.
9 sierpnia: tramwaj, który ruszył
Ci, którzy przeżyli, od razu zaczęli naprawy. Trzy dni po wybuchu, 9 sierpnia, ruszył pierwszy tramwaj, na krótkim odcinku między Koi a Nishi-Tenma. Prowadziły go dziewczęta, które uniknęły ciężkich ran. Czternastoletnia Satoko Sasaguchi była konduktorką w tym pierwszym kursie. Wspominała, że pasażerowie milczeli. Przejazd był darmowy, a ci, którzy chcieli zapłacić, dziękowali, kiedy to usłyszeli. Tetsuko Shakuda, również czternastolatka, wspominała tłum rannych, którzy próbowali wsiąść, i ruiny po obu stronach toru. Co dziś mówi się o tamtych przejazdach: tramwaj stał się dla ludzi znakiem, że miasto jeszcze żyje. Nie dlatego, że coś naprawił. Dlatego, że ruszył.
Tramwaje, które jeżdżą do dziś
Po wojnie zabrakło powodu, dla którego powstała szkoła dziewcząt, i ją zamknięto. Część wagonów, które przetrwały wybuch, naprawiono. W Hiroszimie wciąż jeżdżą tak zwane hibaku densha — tramwaje, które przeżyły bombę. Wagon nr 653 w 2020 roku przejechał dawną trasą pierwszego kursu z 9 sierpnia. Przy zajezdni Senda stoi pomnik pracowników, którzy zginęli. W Krakowie, gdzie powstał "Tramwajowy sen", tramwaj to codzienność. W Hiroszimie stał się pamięcią na szynach.
Głos DJ-a
Pisząc "Chiroszimę", myślałem o dymie i o zatrzymanym czasie. Dopiero potem trafiłem na te dziewczęta. Nikt nie pytał ich, czy są gotowe, a i tak wsiadły do tramwaju trzy dni później. To dla mnie najcichszy refren tej historii: nie bohaterstwo z plakatu, tylko kurs, który trzeba było przejechać. Kiedy w piosence pada pytanie "czemu my?", słyszę w nim też te kilka przystanków między Koi a Nishi-Tenma.
Psychologiczny twist
W chwilach skrajnego zagrożenia pamięć zapisuje więcej szczegółów, dlatego takie wspomnienia wydają się potem dłuższe niż w rzeczywistości. To, co ocaleni opowiadają po latach, często ma postać pojedynczych "klatek": otwarte drzwi, błysk, schron. Do tego dochodzi poczucie winy ocalałego: ktoś, kto akurat tego dnia miał wolne albo bolał go brzuch, potem przez całe życie pyta, czemu przeżył właśnie on. Powrót do pracy, nawet tak zwyczajnej jak sprzedawanie biletów, bywa jednym ze sposobów, żeby z tym pytaniem żyć. Nie znika ono, ale pozwala zrobić kolejny krok.
Posłuchajcie "Chiroszimy", a potem przejdźcie drugą historię z tamtych czasów — oczami Einsteina, od kompasu z dzieciństwa.